Dziennik trzech dni zgubionych w medinie Fes
Uwaga przed początkiem dziennika
Słowa „zgubiony” używam tak, jak stosuje się je w odniesieniu do Fes: nie w panice, nie w niebezpieczeństwie, ale w stanie, w którym naprawdę nie jestem w stanie nawigacyjnie powiedzieć, gdzie w danym momencie jestem w medinie. Medina Fes el-Bali mieści gdzieś między 9 000 a 12 000 alejek, zależy jak liczyć przejścia boczne i ślepe zaułki rozgałęziające się ze ślepych zaułków. Google Maps pokazuje niebieską kropkę. Niebieska kropka dryfuje.
Byłem w Fes raz wcześniej, krótko. Nie łudziłem się, że sprawnie je przespaceruje. Dałem sobie trzy dni bez żadnego konkretnego planu poza dobrym jedzeniem i zobaczeniem garbarni — i pisałem ten dziennik na bieżąco, wieczorami.
Dzień pierwszy: przyjazd i pierwsza dezorientacja
12 października 2020. Rano.
Riad, który zarezerwowałem, leży w dzielnicy Andaluzyjskiej — spokojniejszym brzegu rzeki Oued Bou Regreg, która przecina medinę na pół. Większość turystów zostaje w dzielnicy Qarawiyyin, która jest ruchliwszą, rozleglejszą i historycznie dominującą częścią. Wybrałem stronę andaluzyjską, by uniknąć skoncentrowanego tłoku turystycznego. Dwadzieścia minut po zameldowaniu się doskonale zgubiłem się w alejce tuż przed moimi drzwiami.
Gospodarz riadu, mężczyzna o imieniu Youssef mówiący płynnie pięcioma językami i noszący cierpliwy wyraz kogoś, kto wygłosił tę orientacyjną przemowę mniej więcej cztery tysiące razy, usadził mnie i narysował mapę. Długopisem na notesie narysował kluczowe punkty orientacyjne — medresę Bou Inania, garbarnie Chouara, meczet Qarawiyyin, plac Rcif — połączone głównymi arteriami. Zakreślił trzy punkty, których mam używać do orientacji. Powiedział: „Kiedy się zgubisz, szukaj minaretów i kieruj się dźwiękiem.”
Tę mapkę nosiłem w kieszeni przez trzy dni. Ratowała mnie dwa razy dziennie.
12 października 2020. Popołudnie.
Pierwsza wyprawa: na plac Rcif, który jest czymś najbliższym węzłowi nawigacyjnemu w medinie. Stąd w każdym kierunku przechodzą osły objuczone towarem, dzwonią rowery i mężczyźni z wózkami krzyczą, żeby ustąpić im drogi. Stałem pośrodku placu przez kwadrans i obserwowałem ruch, próbując zrozumieć jego logikę.
Logiki w tym sensie, w jakim jej szukałem, nie ma. Układ mediny jest organiczny — narastał przez dwanaście wieków, rozszerzał się, kurczył, płonął, był odbudowywany, dzielony, łączony — i nie daje się zrozumieć według siatki. Nawigujesz przez relacje: ta alejka łączy się z tą, która wychodzi przy dźwięku kucia z suku metalowców, który jest naprzeciwko zapachu targu przyprawowego, czterdzieści metrów od rogu, który rozpoznaję.
Pod koniec pierwszego popołudnia znalazłem przypadkowo: kuchnię zupową wydającą harirę w kolejce starych mężczyzn, dziedziniec medresy otwarty i pusty, dzielnicową łaźnię z szyldem tylko po arabsku i kobietę sprzedającą olej arganowy z koszyka, która powiedziała mi po francusku, że turyści nigdy nie przychodzą do jej dzielnicy i że powinienem wrócić następnego ranka.
Wróciłem.
12 października 2020. Wieczór.
Kolacja w restauracji, którą znalazłem, idąc za zapachem węgla drzewnego z jednej z alejek. Grillowane kefty, sałatka, chleb khobz, szklanka soku z cytryny. 65 MAD. Siedziałem na zewnątrz na plastikowym krześle na zboczu alejki. Dwa koty czekały pod moim krzesłem. Stary mężczyzna po drugiej stronie ulicy oglądał telewizję przez otwarte okno. Po to właśnie przyjechałem do Maroka i kosztowało mnie to mniej niż cztery euro.
Dzień drugi: garbarnie i miasto przewodnika
13 października 2020. Rano.
Wynająłem przewodnika na rano — Youssef to zorganizował — młodego mężczyznę o imieniu Hamza, urodzonego w dzielnicy Qarawiyyin, który studiował turystykę. Jego znajomość mediny nie była nawigacyjna w sensie mapowym: była relacyjna. Wiedział, czyją własnością jest który dom. Wiedział, który warsztat działa od pięciu pokoleń. Znał nazwisko człowieka zarządzającego studnią, która pojawia się w nieoczekiwanym zakątku alejki i ma co najmniej sześćset lat.
Poszliśmy do garbarni Chouara drogą, której sam nie byłbym w stanie znaleźć. Standardowe podejście turystyczne wiedzie przez tarasy widokowe sklepów ze skórą powyżej, gdzie właściciele dają gałązkę mięty, żeby trzymać ją przy nosie i odganiać zapach ptasich odchodów zmiękczających skóry. Hamza zabrał mnie tyłem, na niższe stanowisko, z którego widać pracowników bezpośrednio, a nie z góry, i gdzie skala operacji — dziesiątki pracowników poruszających się między dziesiątkami kadzi farbiarskich w sekwencji przygotowań, która nie zmieniła się w sposób istotny od wieków — jest w pełni widoczna.
Zapach jest dokładnie taki, jak opisują. Mięta naprawdę pomaga.
Wycieczka z przewodnikiem po medinie obejmująca medresę Al-Attarine i garbarnie jest warta zrobienia pierwszego ranka w Fes dokładnie z tego, co dał mi Hamza: kontekstu, który zamienia to, co widzisz, ze spektaklu w zrozumienie.
13 października 2020. Późne rano.
Hamza zabrał mnie do medresy Bou Inania, którą wcześniej odwiedziłem krótko, ale nigdy nie zrozumiałem. Medresa została zbudowana w XIV wieku przez merynidzkiego sułtana Abu Inana Farisa i służyła zarówno jako szkoła teologiczna, jak i pokaz jego pobożności i bogactwa. Rzeźbiony tynk górnych ścian, ceramika zellige niższej części, cedrowe ekrany — wszystko wykonane z precyzją, która nie zestarzała się ani trochę. Centralny dziedziniec, gdy między wizytami grup turystycznych pada cisza, czuć jako autentycznie sakralny.
13 października 2020. Popołudnie, sam.
Po odejściu Hamzy spacerowałem bez celu. Znalazłem: ulicę tokarzy używających tokarek napędzanych nożnie, stoisko z zupą ze ślimaków z dużego wspólnego garnka, piec chlebowy produkujący okrągłe bochenki, które mieszkańcy przynoszą na tacach do wspólnego wypieku, i mały plac z trzema kotami, jednym pomarańczowym drzewem i nikim innym przez dwadzieścia minut, które tam spędziłem.
To jest to, co robi z tobą medina Fes, gdy przestajesz próbować ją nawigować i po prostu idziesz. To nie jest miejsce, które da się zoptymalizować. To miejsce, które można tylko przyjąć.
13 października 2020. Wieczór.
Kurs gotowania w medinie był czymś, co rozważałem i odrzuciłem — i niesłusznie. Kobieta z sąsiedniego pokoju w moim riadzie zrobiła jeden po południu i wróciła na kolację promieniując specyficznym zadowoleniem kogoś, kto właśnie zrobił coś rękami w kuchni w obcym kraju. Nauczyła się robić harirę i pastillę. Była bardziej kompetentna w marokańskim gotowaniu niż ja. Zazdrościłem jej.
Dzień trzeci: właściwe zgubienie się i znalezienie czegoś lepszego
14 października 2020. Rano.
Postanowiłem celowo przetestować mapkę. Youssef zaznaczył trasę do meczetu Qarawiyyin — najstarszego nieprzerwanie działającego uniwersytetu na świecie, założonego w 859 n.e., niedostępnego dla niemuzułmanów — ale powiedział, że dziedziniec widziany przez bramę jest wart zobaczenia. Szedłem do niego korzystając wyłącznie z mapki, bez patrzenia w telefon.
Gdzieś pomyliłem skręt i znalazłem się w dzielnicy, w której jeszcze nie byłem — mieszkalnej, spokojnej, z praniem rozwieszonym między oknami, z kobietą zamiatającą próg, która spojrzała na mnie z łagodnym zaskoczeniem, ale bez alarmu. Skręciłem jeszcze trzy razy i wyszedłem na mały targ, o którym nie wiedziałem, że istnieje: świeże warzywa, żywe kury, sprzedawca przypraw z szafranem i kminkiem w otwartych workach.
Zjadłem śniadanie przy straganie na tym targu — jajka, chleb, marynowane oliwki, olej arganowy, szklanka gorącej herbaty z miętą. 25 MAD. Trzech starych mężczyzn przy sąsiednim plastikowym stole grało w karty i kłóciło się o coś z wygodną płynnością ludzi, którzy kłócą się o to samo przez czterdzieści lat.
Po to tu przyjechałem i znalazłem to, właściwie się gubiąc.
14 października 2020. Południe.
Drzwi Qarawiyyin. Przez rzeźbiony cedrowy ekran widziałem dziedziniec, fontannę, kolumny, światło. Strażnik stał z boku i pozwolił mi patrzeć przez kilka minut bez przeszkód. Dziedziniec był w większości pusty. Jakiś student przeszedł z książkami. Architektura jest nawet przez drzwi wyjątkowa — tysiąc lat nawarstwionych ozdób, dobudówek, remontów, wszystkie w dialogu z pierwotną strukturą.
Fes to miasto, którego nie da się w pełni zrozumieć, nie wiedząc, że ten budynek istnieje w jego centrum i istnieje, w ciągłym działaniu, od jedenastu wieków. Wszystko inne w medinie odnosi się do niego w jakiś sposób — suki zorganizowane wokół zaopatrywania jego studentów, medresy wybudowane, by ich pomieścić, dzielnice ukształtowane przez ich przemieszczanie się. Meczet nie jest atrakcją turystyczną. Jest faktem o mieście.
14 października 2020. Popołudnie.
Ostatnie popołudnie w medinie. Celowo starałem się nie robić niczego pożytecznego. Siedziałem na głównym placu garbarni i obserwowałem przepływające przez niego grupy turystów. Kupiłem kilka gramów szafranu od handlarza przyprawami, który dał mi doskonałą cenę po dziesięciu minutach rozmowy o tym, skąd jestem i co myślę o Fes. Odwiedziłem Muzeum Sztuki w Drewnie Nejjarine, mieszczące się w odrestaurowanym osiemnastowiecznym karawanseraju, które jest naprawdę znakomite i niemal zawsze puste — ruch turystyczny idzie do garbarni i medresy, zapominając o muzeum.
14 października 2020. Noc.
Ostatniego wieczoru wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Youssef zapytał, czy chcę mu towarzyszyć na spotkanie z muzyką Gnawa w prywatnym domu kilka ulic od riadu. Gnawa to społeczność wywodząca się z subsaharyjskich niewolników sprowadzonych do Maroka w XVII i XVIII wieku; ich muzyka — hipnotyczna, perkusyjna, zbudowana wokół lutni basowej guembri i żelaznych kołatek qraqeb — jest zarówno świętym rytuałem, jak i, coraz częściej, żywą ludową formą sztuki.
Poszliśmy do domu w dzielnicy Andaluzyjskiej. Spotkanie odbywało się na dziedzińcu — dwunastu muzyków, trzydzieści osób siedzących wzdłuż krawędzi, dzieci śpiące w kącie. Muzyka zaczynała się powoli i przez trzy godziny narastała do czegoś, czego nie jestem w stanie właściwie opisać i czego żadna playlista, którą od tamtej pory znalazłem, nie zdołała powtórzyć. Lewa ręka grającego na guembri na strunach wydobywała dźwięk, którego nie słyszałem z żadnego innego instrumentu.
Siedziałem na pożyczonej poduszce i słuchałem do północy. Nikomu nie przeszkadzało, że tam jestem. W drodze powrotnej Youssef powiedział: „To jest Fes. Nie garbarnia.”
Miał rację. Garbarnia to Fes przez jedną godzinę rano. To — muzyka na dziedzińcu, starcy grający w karty na osiedlowym targu, dziedziniec medresy w ciszy między grupami turystów — to jest Fes przez resztę czasu.
Nasz przewodnik po Fes zawiera wszystko praktyczne: dzielnice, noclegi, co zobaczyć i w jakiej kolejności. Ale wersja dziennikowa tej rady jest prostsza: daj sobie trzy dni. Idź bez planu przynajmniej raz. Zaakceptuj, że się zgubisz, i potraktuj to jako zaletę, a nie problem.
Medina da ci więcej, niż oczekiwałeś, gdy przestaniesz oczekiwać konkretnych rzeczy.





